KZ Emaus
"Kto ma przykazania moje i przestrzega ich, ten mnie miłuje, a kto mnie miłuje, tego też będze miłował Ojcec i Ja miłować go będe, i objawię mu samego siebie." (Jana 14:21)

Temat: moja bieda

Autor
Post
nie zauważalna

Data:
31-12-2005 19:58

Chodze do kościoła w Zielonej Górze, niby poznałam waszą społeczność wiem tylko kto jak ma na imię. Chodzi mi głównie o młodzież, bardzo mało rozglądacie się wokół siebie może nawet wogóle, ja sama próbowałam was poznać lecz wy się zbytnio nie przejeliście, sama szukałam w sobie tego że może to moja wina lecz ja do was wyszłam, a wy mną się nie zainteresowaliście, mam do was lekki żal lecz myśle że Pan wam pokarze jak powinniście działać, myśle że warto czasami się rozglądnąć i zdjąć wzrok z obrazu swego nosa. Nie piszę tego specjalnie pod swoją osobę lecz w imieniu wszystkich tych którzy mają żal, ponieważ zostali zignorowani. Fajnie by było gdybyście czasami zapytali; jak się czujesz? Jak mija ci wekennd? Ludzie potrzebują tego ciepła że ktoś się nimi interesuje. Może są mało rozmowni tacy jak ja lecz bardzo im jest miło jak poczują zainteresowanie, zobaczą że świat nie jest taki monotonny, że warto żyć!!!!!!!!!!!!
Tomasz

Data:
03-01-2006 07:42

niezauważalna istoto - jak Ci na imię? Co prawda, nie jestem w Zielonej Górze, ale sam też potrzebuję dużo kontaktu z ludźmi, więc może pomożemy sobie nawzajem, chociaż mailem?
kiedyś zauważany

Data:
03-01-2006 12:18

Niestety, z ubolewaniem muszę stwierdzić że jest to problem nie tylko w twoim zborze i nie tylko młodzieży. W społeczności, do której jeszcze należę, istnieje jakieś chore przekonanie iż są elitą towarzystwa, skutkiem czego osoby biedne, z problemami, po przejściach, szukające Boga wytrzymują góra trzy miesiące ponieważ czują się odtrącone przez "elity" kościelne. Pomimo tego że nie zaliczam się do ludzi mało zamożnych nigdy nie uważałem się za kogoś lepszego, za co niejednokrotnie "dostawałem po głowie" ja i moja rodzina. Piszesz że chodzi ci głównie o młodzież, a ja Ci odpowiadam że winą należy obarczyć nie młodzież tylko tych którzy tą młodzież nauczyli takich zachowań. I tu jeszcze raz wrócę do jeszcze mojej społeczności, w której młodzież totalnie lekceważy ludzi starszych, nie liczy się z ich sugestiami dotyczącymi np. formy uwielbiania, lider młodzieżowy na wyciągniętą, w geście przywitania, rękę odpowiada "spadaj łosiu", nie wspomnę że uwielbienie przypomina bardziej Moulin Rouge niż kościół. No ale w tym przynajmniej przypadku ktoś tą młodzież takich zachowań nauczył.
aga

Data:
03-01-2006 13:27

Bardzo dobrze znam ten temat i wiem jak to boli sama chodze do kościoła w Elblągu, i nikt mnie nie zauważył, fakt że kościół ten jest bardzo duży nie zmienia tego problemu. Zaczełam tam chodzić w 2003 roku i od tej pory nikt mnie nie zaczepił: "słuchaj jak się czujesz? co cię boli?", myśle że problem w twoim zborze jest podobny do mojego i dotyczy on całej młodzieży kościelnej. Jest to smutne jak przychodzi osoba z problemami i nikt tak naprawde nie wyciąga do niej ręki prócz starszych ludzi czy dorosłych. Jestem narkomanką, jest mi bardzo przykro, że z nikim nie mogę się podzielić swoją historią, skończyłam terapie długoterminową, byłam ROK w katolickim ośrodku dla narkomanów, gdzie musiałam co tydzień modlić się do mari. Rodzice są katolikami, ja sama czułam że coś mi nie odpowiada tam nikt z mojego zboru o tym nie wie, pozdrawiam cię i ubolewam. Proszę wyciągnijcie do nich ręke do tych którzy przychodzą z “ulicy“, niech coś wam powiedzą jedni pochodzą z bogatych rodzin inni z patologi tak jak ja. Pomóżcie im się odnaleźć. Z mojego ośrodka wyciągnełam jedną ważne i mądre słowo: "pomagając innym mogę też odnależć siebie". Wspierajmy się razem. Pokazujmy ludzią jak piękny jest świat który stwożył nasz PAN, że nie trzeba szukać szcześcia w używkach, dyskotekach, nie trzeba być kimś kim się nie jest. Trzeba oddać swoje życie Panu, On tak naprawde wie jacy jesteśmy. Mój największy życiowy problem to ucieczka w narkotyki, chciałabym podzielić się moim świadectwem tutaj:

MOJA RODZINA POCHODZI Z NIŻU SPOŁECZNEGO NIE WSTYDZĘ SIĘ TEGO, MAJĄC 7 LAT ZOSTAŁAM ODRZUCONA. WSZYSTKIE DZIECI MNIE NIE LUBJAŁY BO BYŁAM BRZYDKO UBRANA NIE MIAŁAM ŁADNEJ FRYZURY TYLKO POSZARPANE PRZEZ OJCA WŁOSY. NIKOMU NIE MÓWIŁAM ŻE OJCIEC BIJE MNIE I NA MOICH OCZACH GWAŁCI MATKE, KAŻDY WIEDZIAŁ ŻE JAK NIE MA MNIE W DOMU TO ZNACZYŁO ŻE MAM SINIAKI. CZASAMI LĄDOWAŁAM W SZPITALU. SAMA TRUŁAM SIĘ LEKAMI. PANI MÓWIŁA DZIECIOM Z KLASY ŻE JESTEM CHORA. GDY MIAŁAM 9 LAT ZACZEŁAM BRAĆ ŚRODKI WZIEWNE ZACZEŁAM NIE CHODZIĆ DO SZKOŁY. RODZICE NIC NIE WIDZIELI A WSZYSCY WOKOŁO GADALI ŻE MAŁA AGNIESZKA LATA ZE STARSZYMI CHŁOPAKAMI Z WORKIEM. PRZEZ PÓŁ ROKU BRAŁAM “WZIEWKI“ POTEM BRAŁAM OD KOLEGÓW ŚRODKI PSYCHOTROPOWE. GDY ZDAŁAM DO 4 KLASY KOLEDZY DALI MI ZAPALIĆ SKRĘTA Z MARIHUANY. PAMIĘTAM ŻE BARDZO FAJNIE SIĘ PO NIM CZUŁAM. PALIŁAM CORAZ CZĘŚCIEJ I CZĘŚCIEJ. PIENIĄDZE KRADŁAM OJCU JAK BYŁ PIJANY. ZACZEŁAM NORMALNIE CHODZIĆ DO SZKOŁY W SZÓSTEJ KLASIE PIERWSZY RAZ MIAŁAM CHŁOPAKA, POCHODZIŁ Z BARDZO DOBREJ RODZINY MIAŁ DUŻO PIĘNIĘDZY I KUPOWAŁ MI UBRANIA. BARDZO DZIWNE BYŁO DLA MNIE TO ŻE KOLEŻANKI ZE MNĄ NORMALNIE ROZMAWIAŁY. UDAŁO MI SIĘ ZDAĆ DO 1 GIMNAZIUM POMIMO TEGO ŻE CAŁY CZS PALIŁAM I KRADŁAM. MAMA DOSTAŁA PIENIĄDZE Z OPIEKI. OJCIEC POSTANOWIŁ SIĘ LECZYĆ, NIE BYŁO GO W DOMU. JA POSTANOWIŁAM ŻE SKOŃCZE Z BRANIEM, MIAŁAM WIELKIE PLANY MOŻE BĘDE MIAŁA KOCHAJĄCĄ RODZINE???? CZAR PRYSŁ GDY OJCIEC PRZYJECHAŁ NA PRZEPUSTKE PIERWSZĄ I OSTATNIĄ, ZNOWU ZACZĄŁ PIĆ, A JA PO KRÓTKIEJ ABSTYNENCII ZACZEŁAM ĆPAĆ JUŻ NIE “MARYCHE“ LECZ AMFETAMINE. W GIMNAZIUM MIAŁAM “SUPERR“ KOLEŻANKI I KOLEGÓW, ZACZEŁAM CHODZIĆ NA DYSKOTEKI. NA DYSKOTEKACH POD WPŁYWEM EKSTAZY ROBIŁAM TO, ZOSTAWAŁAM WYKORZYSTYWANA SEKSUALNIE ALE TEGO CHCIAŁAM, ZACZĄŁ SIĘ WYMARZONY ŚWIAT ŁADNE SAMOCHODY I “EXTRA TOWARZYSTWO“ MIAŁAM WTEDY 15 LAT ZACZEŁAM BRAĆ KOKAINE I HEROINE ZA KTÓRĄ PŁACIŁM SWOIM CIAŁEM. ZNOWU CZAR PRYSŁ, OBUDZIŁAM SIĘ GDZIEŚ NA DWORCU DOWIEDZIAŁAM SIĘ ZE JEST TO DWORZEC CENTRALNY W WARSZAWIE. PAMIĘTAM TYLKO ŻE BRAŁAM DUŻE ILOŚCI HEROINY DOŻYLNIE. PO KILKU GODZINACH SIEDZENIA ZJAWIŁ SIĘ “KOLEGA“. CZEŚĆ ANTIFA-PRZEZWISKO DLA WSIADASZ. NIEWIEM POCO I GDZIE JECHAŁAM. UDERZYŁ MNIE I KRZYCZAŁ ŻE SKOŃCZYŁ SIĘ DLA MNIE PIĘKNY ŚWIAT, ŻE JUŻ JESTEM ŚĆERWEM ULICZNYM. WYCIĄGNOŁ WTEDY STRZYKAWKE I ODRAZU POCZUŁAM DZIWNE SZCZĘŚCIE POWIEDZIAŁ MI ŻE JEŚLI CHCĘ MIEĆ TOWAR TO PRACUJE DLA NIEGO. BYŁAM PROSTYTUTKĄ SPAŁAM NA DWORCU CZSAMI W ŚMIETNIKACH. JUŻ NIKT PO MNIE NIE PRZYJEŻDŻAŁ, ANI “KOLEGA“ ANI KLIJENCI. POZNAŁAM NA DWORCU ZBYSZKA I ADE, NARKOMANÓW. ZBYSZEK KRADŁ A ADA SPRZEDAWAŁA SIE NA DWORCU RAZEM ZE MNĄ, CZASAMI GDY NIE MIAŁAM DZIAŁKI MODLIŁAM SIĘ DO BOGA ZACZEŁAM GO OBARCZAĆ: "DO CZEGO DOPROWADZIŁEŚ???" ADA ZMARŁA Z PRZEĆPANIA A JA WYLĄDOWAŁAM NA ODDZIALE DETOKSYKACII Z POWODU ATAKU SERCA. TAM MOGŁAM SIĘ UMYĆ I ZJEŚĆ. CHODZILI TAM LUDZIE Z KOŚCIOŁA ZIELONOŚWIĄTKOWEGO, NA POCZĄTKU ŚMIAŁAM SIĘ Z NICH. PÓŻNIEJ GDY ODCHODZILI ZASTANAWIAŁAM SIĘ KIM JEST BÓG I CZY ISTNIEJE. PEWIEN CZŁOWIEK Z TEGO KOŚCIOŁA ZAŁATWIŁ MI OŚRODEK W CZARNEJ BIAŁOSTOCKIEJ GDZIE MODLIŁAM SIĘ I PISAŁAM LISTY DO ZBORU W WARSZAWIE. KOŃCZĄC OŚRODEK POJECHAŁAM DO ZBORU W ELBLĄGU, MIAŁAM SEN ŻE TAM ODMIENI SIĘ MOJE ŻYCIE. SEN SIĘ SPRAWDZIŁ. MAM TERAZ 19 LAT, DOSTAŁAM MIESZKANIE KTÓRE JESZCZE OPŁACA OPIEKA, LECZ MAM TEŻ PRACE I UCZE SIĘ W LICEUM. WSZYSTKO DZIĘKI PANU. JESTEM WESOŁĄ I RADOSNĄ DZIEWCZYNĄ. ŚWIAT JEST PIĘKNY BEZ NAŁOGU. MAM DUŻE BRAKI W PAMIĘCI LECZ NADAL SIĘ LECZE LEKAMI I CZYTAM BIBLIE. KOCHAM ŚWIAT. POZDRAWIAM WSZYSTKICH!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! WYCIĄGAJCIE DO NAS DŁONIE.
nie?Sceptyk

Data:
04-01-2006 11:29

Już chyba wiem dlaczego (kościół dziś) taki jest. Bardzo lubimy kazania, takie są wyniki sondażu. Doładowujemy akumulatory, jesteśmy na wyżynach, wysokich górach, całkiem blisko nieba, można je prawie dotknąć. Ale na ziemi jest ona niezauważalna, ma problem, odważyła się napisać (sporo odsłon i tylko 3 posty), dziękuje wam jesteście wspaniali i wrażliwi na ludzkie problemy, z dołu chyba lepiej widać. Problem ma ona nie ty, ty jesteś w “górach“ pewnie masz piękne talenty od p. Boga, jesteś liderem, masz w kościele służbę, pięknie grasz, śpiewasz, modlisz się itp. Robisz to co lubisz i źle było by gdybyś tego zaprzestał.
UWAGA: wers Mt. 25:31-46
Warto słowo to przypomnieć sobie. Kiedyś zastanawiałem się dlaczego jest tyle wyznań (nazw kościołów), każdy chce być szczęśliwy, mamy różne temperamenty, charaktery, jacy ludzie takie społeczności i to jest dobre, bo mamy czuć się dobrze. Są kościoły w których chodzi się po pomoc do sąsiada bo termin "brat" "siostra" są im obce. Są też społeczności gdzie jedni drugich brzemiona noszą. Sądząc po gabarytach waszego koścoła (skrót myślowy) jesteście taką społecznością. Zacznij rozmawiać podchodź do ludzi, na pewno jest jakaś bratnia dusza która czeka na ciebie.
zielonogorzanka

Data:
04-01-2006 22:07

To, co napisalas jest przykre a zarazem daje duzo do myslenia. Niestety jako ludzie wciaz popelniamy bledy. Problem, do ktorego nawiazalas jest zauwazalny przez nas. Wiele razy rozmawialismy na ten temat, jednak nie zawsze udaje sie realizowac swoje postanowienia. Jako mlodziez modlimy sie o to, aby miec wiecej milosci do ludzi o to, by widziec problemy tych, ktorzy nas otaczaja - jednak jestesmy niedoskonali i czasem brakuje nam tej milosci i madrosci. W ostatnim czasie do naszej mlodziezy przybylo kilka nowych osob, ktore sie odnalazly ale pewnie sa i tacy, ktorym czegos zabraklo. To, co moge zrobic to przeprosic za to, ze w ktoryms momencie sie nie spisalismy i zachecic do tego, abys podeszla do kogos zaufanego i porozmawiala z nim... To dobrze, ze mialas odwage, zeby napisac jak sie czujesz i na pewno wycigniemy z tego wnioski na przyszlosc, tak by podobna sytuacja nie miala miejsca w przyszlosci w stosunu do innych osob, ale wazna jest tez Twoja osoba... dlatego daj nam jeszcze jedna szanse... Blogoslawie Cie i mam nadzieje, ze niebawem bedziesz wsrod nas :-)
zielonogorzanin

Data:
04-01-2006 23:13

hmmm.... tak!! jestesmy niedoskonali...
no ale (nie bronie nas absolutnie) zeby nawiazac relacje trzeba 2-och stron!! nigdy wina nie lezy po jednej stronie!!

a co do wypowiedzi nie?sceptyk-a to dziwnie gadasz... wydaje sie ze przejechales sie na 1 czy 2 osobach i teraz jedziesz po calosci...

naprawde wiemy ze wiele nam brakuje ale czasem i nam brakuje odwagi zeby podejsc do jakiejs osoby i nawiazac rozmowe...
nie?Sceptyk

Data:
05-01-2006 10:56

Drogi zielonogórzaninie, bardzo przepraszam jeżeli Tobie nadepnełem na odcisk, nie było to moim zamiarem, chciałem wyostrzyć temat.

Zgadzam się z wypowiedzią zielonogórzanki. I cieszę się że problem jest zauważalny i nie jest spychany na naszą niedoskonałość. Daje to nadzieje że będzie postęp, i udoskonalamy naszą niedoskonałość, a nie usprawiedliwiamy.
zielonogorzanka

Data:
05-01-2006 22:24

Mam propyzycje do "NIEZAUWAZALNEJ". Nie wiem czy bylas juz na jakims spotkaniu mlodziezy z naszego zboru. Jesli mialabys ochote to w sobote o godz 18:00 sa takie spotkania. Po nich jest tez zawsze troche czasu, aby porozmawiac. Czasem na nabozenstwie a wlasciwie po nabozenstwie trudno jest nawiazac jakas rozmowe... Zapraszam serdecznie :-)
kermit

Data:
05-01-2006 23:26

Z Zieloną Górą i zborem Emaus kojarzą mi się trzy rzeczy:
1. Pieczeń (hehehe)
2. Uśmiechnięty Pastor
3. Super ludzie (ci młodzi w szczególności)
Jednym słowem same plusy!!!

Tak więc droga "niezauważalna" zachęcam Cię do spróbowania jeszcze raz. Nawet jeśli dziś masz ich totalnie dosyć to jutro mogą oni stać się Twoimi największymi przyjaciółmi. Dlaczego? Dlatego, że i oni i Ty macie dostęp do spoiwa, które niemożliwe sprawia możliwym. To spoiwo to Pan Bóg.

Gratuluję Ci odwagi napisania tego tekstu! Myślę, że jeśli Ty dasz im drugą szansę to oni dadzą Ci ją również. DAJCIE SOBIE SZANSĘ NAWZAJEM :-)

Pozdrawiam Ciebie gorąco!
zielonogorzanin

Data:
05-01-2006 23:37

"nie?sceptyku" nie chodzi o odcisk tylko o to co napisales - pojechales caly kosciol, takze wypowiedz "kiedys zauwazalnego" mnie poruszyla jak napisal ze uwazamy sie za "elite towazyska kosciola" a gdzie milosc chrzescijanska? oburzylem sie troche!!
nie?Sceptyk

Data:
07-01-2006 23:17

zielonogórzaninie nie czuj się oburzony, prawda boli. Też należę do kościoła i to co napisałem dotyczy także moiej osoby. Wydaje mi się że za bardzo skupiłeś się na swoiej osobie a nie na temacie niezaóważalnych. Pozdrawiam
niezauważalna

Data:
08-01-2006 00:26

Bardzo poruszyły mnie wypowiedzi agi oraz innych. Drogi zielonogórzaninie przeczytaj jeszcze raz wypowiedz Agnieszki i "kiedyś zauważalnego". Może ty nie masz takich problemów jak one, przeczytałam ten tekst i myślę że są to osoby wrażliwe takie jak ja, nieoczekuj od tych osób że podejdą do ciebie i zapytają: "Jak się masz", po wielu nieudanych próbach nawiązania kontaktu. Bardzo się ciesze z rady zielonogórzanki, dziękuje na pewno skorzystam. Wszyscy powinniśmy prosić Pana by pomógł przełamać nam moje, być może twoje bariery. Rzeczywiście człowiek jest tylko człowiekiem zobaczcie jak wiele nam brakuje... a co do wypowiedzi "nie?sceptyka" trochę inaczej przyjełam jego myśl niż zielonogórzanin. Wydaje mi się że nie powinniśmy skupić się na tym jak razem możemy sobie pomóc. Agnieszko dałaś mi bardzo dobry cytat “pomagając innym możemy odnależć siebie". POZDRAWIAM WSZYSTKICH GORĄCO.
ania

Data:
09-01-2006 11:29

Jestem osobą nieśmiałą, wstydzę się nawet usiąść tam gdzie siedzą osoby które dlugo są członkami kościoła. Problem ten dotyczy myśle większości polskich zborów, chodzę krótko może pół roku, znam młodzież z imion. W swoim kościele zauważyłam tzw. "witanie nieśmiałych", polega na tym że ktoś podchodzi do ciebie pyta jak się czujesz, ty już się zaczynasz cieszyć, że ktoś się tobą zainteresował, lecz upsssssssss, robi ci się smutno bo ta osoba sama sobie odpowiada; tak wszystko ok, to się cieszę po czym odchodzi do młodzieży jak w Ameryce. Ja też próbuje podchodzić: "cześć co u ciebie, ale pogoda!? hmm". U mnie to nie działa, gdy tylko podejdę ktoś coś "powie" (np. cześć), ja zasmucona idę do domu. Od lat cierpie na zespół zaburzeń depresyjnych. Trochę się polepszyło, biore leki. Psychiatra mówi że najlepsze lekarstwo to dobrzy ludzie, modlę się i nadal wiem, że Pan czuwa nade mną.

Ago, też jestem neofitką (nie biorącą narkomanką) i wiem co to za ból, lecz Bóg nam ciągle pomaga. Znam cytat z filozofii społeczności: "pomagając innym mogę też odnależć siebie", jest to piękny tekst czytany w ośrodkach dla narkomanów. Popatrzmy czasami na innych, wstawmy się w ich sytuacji. Ja mam 18 lat, jestem brzydko ubrana bo jestem biedna? Czy to jest przyczyna???? NIE bo sama to wiem, problem tkwi w naszym nieludzkim zachowaniu, dążeniu gdzieś, graniu kogoś kim nie jesteśmy.

Ludzie, nie poddawajcię się. CZY JA PRZEGRAŁAM? BO JESTEM NARKOMANKĄ... BO NIE MIAŁAM KOCHAJĄCEJ MNIE RODZINY... BO NIE MOGŁAM SIĘ UCZYĆ WŚRÓD ALKOHOLU... BO ZABŁĄDZIŁAM I ZACZEŁAM W WIEKU 12 LAT ĆPAĆ HEROINE... NIE I JESZCZE RAZ NIE. TERAZ MOI RODZICE SĄ WIERZĄCY. LECZĄ SIĘ, MI NIC NIE BRAKUJE, MAM BIBLIE

Wyciągnijcie do nas dłonie, do nas, do niezauważalnych

POZDRAWIAM WSZYSTKICH W PANU
ANIA
Tomasz

Data:
10-01-2006 07:54

Mam to samo co Ania. Też jestem nieśmiały i na ogół strasznie mi głupio podejść do kogoś i tak po prostu zagadać, pytając o banały. Z drugiej strony, jeszcze głupiej czuję się, kiedy ktoś kierowany dobrymi chęciami i serdecznością podchodzi wyciągając rękę i zadając podobne pytania, po czym nie wysłuchując nawet odpowiedzi (bo na pytanie "Jak się masz?" zazwyczaj chciałbym odpowiedzieć - Bywało lepiej i spróbować wyrzucić z siebie wiele emocji i stanów, które siedzą głęboko na dnie duszy) pędzi dalej pozdrawiać wszystkich po kolei. Może dlatego przez długi czas zrażałem się do zborów protestanckich, sądząc (przepraszam za szczerość), że pełne są radosnych i szczerze uśmiechniętych, życzliwych ludzi, których ani trochę nie obchodzi jak się naprawdę w danej chwili czujesz, o ile nie tryskasz podobnym entuzjazmem i radością. A człowiekowi w rozchwianych emocjonalnie stanach, który musi dawać sobie radę z nimi, z samym sobą i z rzeczywistością, nie tyle potrzeba nie wiadomo jak uduchowionych nauk i wykładów i grupy uśmiechniętych twarzy dokoła, co kogoś, kto by go po prostu wysłuchał i postarał się zrozumieć, nie udzielając od razu dobrych porad i nie próbując zbyć odpowiednim cytatem (tak to na ogół w podobnych stanach się odbiera). Nie mogę mówić w imieniu wszystkich depresyjnych, więc powiem za siebie - wysłuchajcie nas i po prostu bądźcie obok, bo często niewiele więcej trzeba.
Luthien

Data:
10-01-2006 23:05

witajcie! Hm... ja miałam odwrotny problem - nie chciałam za żadne skarby, żeby ktos do mnie podchodził i zagadywał, to było dla mnie krępujące... Ale była ze mną moja przyjaciółka, więc było mi łatwiej sie zaaklimatyzowac w młodzieży. Piszecie, że wystarczy żeby ktoś przy was był - ale otwórzcie się na nas, na nasze próby nawiązania kontaktu. Są czasem sytuacje krępujące także dla stałych "bywalców" kościoła, postawcie się też w naszej sytuacji. Przychodzi ktoś nowy i ....? co najlepiej zrobic? bo przywitac się to za mało, prawda? Pytać o całe życie to za dużo - nie znamy się wcale. Radzę wam przyjść najpierw na młodzieżowe i podejść np. do lidera, powiedzieć że jesteście pierwszy raz. Liderzy to równi goście (i gościówy też!), zawsze będzie wam łatwiej przełamać lody. A może podpowiecie nam co najlepiej zrobić?? Pozdrawiam wszystkich niezauważanych i wszystkich czytających :-)
Butterfly

Data:
21-02-2006 14:53

Ja tez moge powiedziec ze mam w pewnym sesie problem. Chodze juz od jakiegos czasu do tego zboru, i za kazdym razem staram sie uciekac po modlitwie. Po prostu czuje wielka niechec do mnie, wszyscy wola osobe ktora mi towarzyszy... Bo jest towarzyska mila, fajna, a ja poprostu taki zbedny dodatek do niej. Czasami zastanawiam sie czy przypadkiem nie przeszkadzam, nie robie klopotow (trzeba kolejne urodziny przygotowac...). Jedynie mnie rozumie Aga F. Jest wspanialą osobą, ktorej moge powiedziec co mnie boli i nie bedzie dawala mi dobrych rad, cytatow z Biblii, tylko poprostu zrozumie mnie... poprostu. A to wszystko czego trzeba do szczescia. Zwykle siedze z osoba ktora jest ze mna, a jak ona pojdzie gdzies przywitac sie, porozmawiac, to siedze sama, nikt do mnie nie podejdzie, nie zainteresuje sie mna. Czasami mam ochote i wykrzyczec "Tutaj jestem, ja jeszcze zyje, nie zniknelam!!". Ale watpie zeby ktos uslyszal, bo kazdy jest zafascynowany czubkiem wlasnego nosa. Nie chce nikogo obrazic, a jesli to zrobilam to przepraszam. Poprostu jest mi bardzo smutno z tego powodu, i niechetnie chodze na mlodzierzowe czy jakies dodatkowe modlitwy, albo spotkanie grupy... Nie wiem czy to z powodu mojej przeszlosci? To nie moja wina ze na mojej rodzinie ciazy jakas klatwa. Ja poprostu chce ciepla i milosci. Nie tylko osoby ktora jest ze mna. Lecz innych osob takze. Zrozumienia, przyjazni... to niewiele. Ale jakze potrzebne.

PS. Wole pozostac anonimowa, poprostu to przemyslcie... ja bym tego bardzo chciala.
Luthien

Data:
24-02-2006 18:05

A może problem tkwi w tobie samej? Przecież nikt na pewno nie zabrania ci się angażować w to, co robią inni - choćby w organizowanie tych urodzin dla kogoś. Może warto pomyśleć nad tym, żeby się zmienić? To normalne, że wszyscy wolą towarzyskie, miłe i fajne osoby (jak piszesz o osobie która z tobą przychodzi), a nie nadęte, naburmuszone czy złośliwe, nie? Nie znam cię i nie wiem, czy taka jesteś, ale jeśli tak jest to może pomyśl nad zmianami w sobie, nie we wszystkich wokoło. Czasem mi na przykład trudno podejść do kogoś, kto ma skwaszoną czy obrażoną minę, pretensje do wszystkich. I nieważne czy taka osoba jest młoda czy starsza. Czy chciałabyś żeby ktoś taki był twoim przyjacielem? Życie w kościele polega tez na tym, aby otwierać się na innych, zbliżać się do nich. Nie wierzę, że ludzie unikaliby cię gdybyś podeszła do nich i zaczęła z nimi gadać, tak jak ta towarzysząca ci osoba. To chyba nie zdarza się w kościele, a tym bardziej wśród młodzieży! Może czas, żebyś też stała się miła, uśmiechnięta? Na pewno wtedy życie staje się prostsze. Jeśli widzisz kogoś, do kogo nikt nie podchodzi, zagadaj do tej osoby, obie poczujecie się lepiej. Pomyśl że inni też mogą czuć się samotni czy smutni. Zamiast narzekać uśmiechnij się i sama idź przywitac się z innymi. Biblia mówi przecież że mamy robić innym to, co chcemy aby nam czyniono. A jesli masz problemy na spotkaniach grupy spróbuj może pogadać z osobą która je prowadzi?
Butterfly

Data:
25-02-2006 02:13

Twoj post w mniejszy lub wiekszy sposob mnie obraza... Chyba mnie nie zrozumiales(alas). Ja zwykle jestem mila i usmiechnieta. Ale tez jestem niesmiala, wiec nagle nie stane sie nie wiem jaka dusza towarzystwa. Nie moja wina ze wszyscy wola cos czym nigdy nie bede. Powtarzam znow, jestem niesmiala, ale takze bardzo wrazliwa. Strasznie latwo mnie urazic. Nie jestem ani nadeta, ani zlosliwa, ani naburmuszona... Nie mam ani obrazonej ani skwaszonej miny (Ani pretensji do nikogo, poprostu NAPRAWDE nikt sie mna nie interesuje), zwykle sie usmiecham przez pierwsze 20 minut z nadzieja, by po nich zasmucic sie i siedziec tylko dla tego zeby byc.

Pozatym nie jestem zwolennikiem falszywego usmiechu witania sie z kims, mimo ze naprawde wszystko wewnatrz mnie placze ("troche" to falszywe moim zdaniem).

Ja nie narzekam, poprostu jest mi na tyle smutno i przykro ze musze jakos komus to powiedziec, a ze nie mam praktycznie komu, pisze tutaj z nadzieja jakiegos konstruktywnego badz budujacego postu.

Jesli chodzi o osobe ktora prowadzi spotkania grupy to z tym jest wiekszy lub mniejszy problem, bo tej osoby praktycznie nie ma.

"Może czas, żebyś też stała się miła, uśmiechnięta?" Otoz jestem, ale nikt nie zauwaza, nikt mnie tak naprawde nie zna i nie interesuje sie tym.

Znowu o zmienianiu sie, zmienialam sie biliardy razy bez skutku, czasami juz nawet bylam taka jaka w danej chwili ktos chcial bym byla. Strasznie falszywa i nie prawdziwa (przed nawroceniem). Teraz nie mam zamiaru tego powtozyc, po to mam nowe zycie. Poza tym wyczuwam lekka nutke zlosliwosci w twoim poscie, nie szukam tego zeby ktos sie zmienial bo ja tak chce. Tylko pragne zwyklego ludzkiego zainteresowania, przyjazni, ciepla, wyrozumialosci (jestem tylko czlowiekiem i upadam czasami nie bede wiecznie sie szczerzyc jak robot zaprogramowany na dana emocje). Tato stworzyl nas cudownie i dal nam wolna wole.

To pewnie tez roznica wieku, jestem najmlodsza, wszyscy traktuja mnie niepowaznie i jak dziecko chociaz staram sie byc powazna, zartowac kiedy zartuja, plakac jak placza. A jesli ktos taki mialby byc moim przyjacielem owszem czemu nie, moze ma jakis problem i ja mu moge pomoc? Moze potrzebuje ciepla i przyjazni. Jestem nadzwyczaj empatyczna i wyrozumiala osoba. Mnie nie przeszkadzaja takie drobne wady.

Owszem jestem otwarta chyba nawet widac skoro posuwam sie do tak desperackiego czynu jak post na forum? Musze jakos to wypersfadowac ze jednak istnieje i mam sie calkiem dobrze. Ilez mozna probowac rozmawiac z kims witac sie, ale ta osoba jakby sama sobie zadawala odpowiedzi na pytania "co u ciebie", "jak zycie leci"?

Jestem osoba slaba w wierze i potrzebuje innych osob po to aby nie zasnac, pokladam ufnosc w Bogu jesli o to chodzi, kocham go calym moim malym sercem, staram sie nadrobic sil jak atlas a w rzeczywistosci jestem jak żuczek lesny.

Potrzebuje szczerej rozmowy i to nie wynikajacej czasem z mojej inicjatywy, tu chodzi o zwykle zainteresowanie.

Ostatnio zaczynam wlasnie stawac sie jak taki robot, zaprogramowany na emocje. Smieje sie mimo ze wcale mnie nie smieszy badz jest mi smutno.

To by bylo na tyle, jesli kogos urazilo co napisalam to szczerze przepraszam. Poprostu takie jest moje zdanie. Zadnej urazy na celu w zadnym wypadku nie mialam.

Pozdrawiam k.m.k.m.k.
Luthien

Data:
25-02-2006 13:31

Moim zamiarem także nie było urażenie Ciebie. Jeśli tak to odebrałaś to przepraszam! Rozumiem, że chcesz zainteresowania i ciepła ze strony innych, to normalne i naturalne. Ale kiedy jest ci smutno czy przykro nie staraj się tego ukrywać, jeśli ktoś cię pyta bądź szczera i powiedz, że jest ci źle. Szczerość się naprawdę opłaca, pomaga w przełamywaniu lodów. Nie chodzi przecież o to, żeby kościół składał się ze szczerzących się do siebie nieszczerze automatów, ale z ludzi którzy potrafią zrozumieć czyjeś problemy czy smutek. Myślę, że w tej grupie młodzieży jest wiele szczerych osób, z którymi mogłabyś nawiązać kontakt. Masz choćby przyjaciółkę o której pisałaś - Agę F. Na pewno nie wszyscy są powierzchowni! Zachęcam - zrób pierwszy krok. Powodzenia :-)
Motylek

Data:
25-02-2006 14:30

Pierwszy krok hm...., robilam juz rzeczy zeby mnie lubili, ale chyba to jest zbyt zgrana grupa i nie mam szans by sie do niej dostac. Nikogo nie znam tam praktycznie. Jedynie z widzenia.

Jesli chodzi o szczerosc jestem zawsze szczera. A jesli chodzi o Age, ona rzadko przychodzi. Sadze ze oni sa juz ze soba na tyle dlugo ze ja chocbym na glowie stanela, nie bede jedna z nich, pewnie jedyne co mi pozostaje to nadal smiac sie mimo ze mnie nie smieszy... i pozostac w cieniu kogos z kim zwykle przychodze. Mimo, ze juz mam tego dosyc...

Chociaz mam cicha nadzieje ze ktos z nich tu przypadkowo zajrzy, przeczyta i poruszy ta sprawe razem z reszta... Tak bardzo bym chciala by sie to zmienilo, sama nie dam rady tego zmienic, jestem zbyt niesmiala.
Zielonogórzanin

Data:
02-03-2006 08:54

Wiesz "Butterfly"...
wydaje mi się ze przyjaźń trzeba budować... i muszą to robić dwie strony... Nie możesz od nikogo wymagać ze podejdzie i zacznie nagle pytac: "HEJ!!! co tam u ciebie???" chociaż nigdy wcześniej nie rozmawialiście... ciężko sie zwierzać osobie której nie znasz i nie darzysz zaufaniem - a to trzeba budować!!! Często nie jest łatwo ale warto :-) to wspaniała rzecz mieć prawdziwego przyjaciela, tym bardziej chrześcijanina...
Luthien

Data:
04-03-2006 14:25

Myślę, że Zielonogórzanin ma rację. Po prostu spróbuj otworzyc się na tych ludzi, żadna grupa nie jest na tyle zgrana żeby nie przyjąć nastepnych osób! Co to znaczy że "nie będziesz jedną z nich" -przecież ta grupa nie powstała nagle, musiały do niej dochodzić nowe osoby! Na pewno są w tej młodzieży ludzie, z którymi możesz się zaprzyjaźnić. Co nie jest proste, bo przyjaźń to nie jest rzecz automatyczna, to prawie jak miłość. Nadaje się na tych samych falach - albo nie. I nie da się do niej zmusić. Więc podejdź do ludzi, bądź z nimi, na pewno w końcu wyjdziesz z cienia. Czego Ci szczerze życzę! Pozdrawiam :-)
marta

Data:
07-03-2006 13:31

Motylku... wlasnie z powodu tego ze jestesmy wszyscy zżyci ciezko jest nam sie otworzyc na inne osoby. Wiem ze jest to nasz wielki problem ale nie mozesz zarzucac nam ze nigdy nie staralismy sie otworzyc na ciebie. Sama przyznajesz sie ze jestes w cieniu swgo "towarzysza". Decyzje ta podejmujesz sama. Nigdy bez niego nie przychodzisz a kiedy jestescie razem twoja uwaga zawsze skupia sie na nim. Nie dziw sie wiec ze przynajmniej w mojej opinii wyglada to tak jakby taki stan rzeczy ci pasowal. Niejednokrotnie podchodzilam do ciebie ale nie jestem osoba na tyle odwazna i rozrywkowa by nadawac przez pol godziny bez odzewu z twej strony... nie odbieraj tego jako krytyki bo nie bylo to moim celem ale staram sie po prostu pokazac ci te kilka rzeczy ktore tworza miedzy nami mur... ja ze swojej strony postaram sie cos zmienic ale i ciebie prosze o pomoc.

A co do przyjazni... nie wydaje mi sie zebysmy byli (my czyli mlodzez) przyjacolmi... przyjazn to za duze i zbyt znaczace slowo na okreslenie naszych relacji. Jestesmy grupa wierzacych ludzi ktorzy dobrze sie razem czuja i laczy ich milosc do Boga i ludzi... wykorzystaj to :-)
Butter-fly ;)

Data:
10-03-2006 09:35

Teraz akurat mam grype i jestem przykuta do cieplego lozeczka.

Ale ostatnio jak bylam to zdaje mi sie ze siedzialam sama. Dosyc czesto siedze sama, M ta druga osoba ostatnio, zazwyczaj rozmawia z innymi np. Fanym.

Marta podchodzilas? Ja nie pamietam... eh moze teraz bo mam skleroze grypowa... :-P

Ja moge sie jeszcze bardziej starac, ale zdaje mi sie ze tu by sie przydaly jakis babski wypad na zakupy albo wogole babski wypad, zeby cos razem zrobic, ugotowac, kupic, obejrzec a potem jeszcze na dokladke o tym pogadac. Tesknie za "babskimi" ale i tak teraz bym nie mogla przyjsc... Tesknie za wami bo mnie juz kilka dni nie bylo (Ja juz chce byc zdrowa ;-() chetnie bym zobaczyla sie z kims oprocz tej 2 osoby, w koncu mam ją na codzien a Ciebie Marto, Ani, Agniesi, Ani K., Kasi S. i reszty nie mam... powiem szczerze - tesknie!

Ale zdaje sie ze jeszcze poleze do poniedzialku =(

To by bylo na tyle... pozdrawiam i wracam skad przyszlam =)
wierzący

Data:
12-03-2006 17:06

Motylku, Butterfley (dlaczego nie podajesz swego imienia, a podajesz imiona znajomych ze Zboru??) - chcialam Cie zapytac czy Ty naprawde rozumiesz swoj problem?

Nie nalezę do grupy młodziezowej i nie uważam, ze to forum jest zamiast bloga, czy porad w stylu dawnej "Filipinki" czy innej mlodziezowej gazetki, by rozstrząsać tematy, zachowań, potrzeb pogadania o zakupach (piszesz "babskich"). To nie jest mlodziezowa stronka, musisz kliknąc niżej - tu jest uwaga, że ma byc pozyteczna dla wszystkich.

Cieszę się, ze mogę przeglądac wpisy ludzi wierzacych (zainteresowanych) sprawami codziennego zycia w chodzeniu z Bogiem. Człowiek, ktory szuka Krolestwa Bozego nie skupia się na sobie, swoich kaprysach ale szuka dobra blizniego. Miłujmy Boga i bliżniego - to jest wspolczesne przykazanie. Jak piszesz masz chlopaka, myśle, że nie jestes bezdomna, o co Ci chodzi? W ktoryms miejscu zasłaniasz sie skleroza grypową, co to jest? Moja rada, szukaj Krolestwa Bożego a wszystko inne bedzie Ci przydane. Nie, nie bedę meczyc Cie cytatami biblijnymi, ale z Twoich wpisow wynika, ze jeszcze musisz duuuzo sie uczyć!

Przyznam, ze troche jest mi wstyd, ze na tak powaznej stronie koscielnej, gdzie moge słuchac tyle pozytecznych słow w kazaniach, czytac artykulow, sluchac piesni... jest taki dziecinny problem (obym nie obraziła dzieci, bo one są dziś bardzo inteligentne). Może masz cos do powiedzenia - ile i czy słuchałas kazania z tej strony? I jakie masz odniesienie do głoszonego slowa?

Przepraszam, ja nie wchodzę w kompetencję moderatora, a jak czytam forum jest moderowane.
Zielonogórzanin

Data:
13-03-2006 23:20

Wypowiedz "wierzacego" jest dosc ostra i szczera do bolu, ale co tu duzo mowic - prawdziwa i zgadzam sie z nia co do slowa :-) dosc dziecinny to problem...
Butterfly

Data:
14-03-2006 07:30

Hmm....
Popierwsze bardzo mnie zabolalo co napisales "wierzacy".

Po drugie calkiem zle zrozumiales albo i nie doczytales wszystkiego co napisalam (skleroza grypowa to byl taki zart...)

Poza tym prosze jesli chcesz napisz ze moj problem odrzucenia byl glupi, dziecinny itd... Myslalam ze kazdy problem jest wazny i trzeba go rozwiazac. Rozumiem swoj problem, ale co z tego skoro Ty go ani troche nie rozumiesz. Moze nie byles nigdy w takiej sytuacji wiec czemu mnie krytykujesz? Babskie, to spotkania płci zenskiej, modlimy sie i rozmawiamy. Co w tym zlego?? Napisales: "uwaga, że ma byc pozyteczna dla wszystkich" - To znow zapytam skoro dla wszystkich to czemu mnie krytykujesz??

Ehh, nie skupiam sie na swoich kaprysach. To znaczy ze jak mam problem to mam sobie sama z nim radzic bo to nikogo nie interesuje? Jesli piszesz o milosci to bys choc troche jej okazal. To, ze ktos mi pomoze z nim to jest wlasnie ta milosc do blizniego.

Ponownie prosze nie pisz o takich beznadziejnych gazetkach jak "filipinka". Czy to jest pismo wierzacych? Nie. No to po co mnie obrazasz czyms takim?

Czytam Bliblie, kazan nie czytuje, ciezko mi podchodza. Moze i musze sie duzo nauczyc ale raczej kazdy musi sie duzo nauczyc, wiec nie traktuj mnie tak zle. Myslalam, ze wszyscy sa rowni a Ty wyraznie dzielisz na slabych i mocnych.

Nie mowilam swojego imienia bo na poczatku nie chcialam, a potem i tak ludzie wiedzieli kim jestem wiec po co mam pisac?

Podsumowywujac twoj post mnie zabolal, nie wiem czy to milo jest obrazac kogos mowiac ze jego problem jest dziecinny glupi i jak z "filipinki".

Wynikiem tego wszystkiego jest to ze jest mi przykro i powoduje to u mnie upadek. Gdybym mogla to bym policzyla ile lez spowodowal twoj post. Krytyka zawsze musi zachowac dobry smak, a teraz to jest poprostu krytyka. Pomysl troche zanim odpiszesz, bo to naprawde nie bylo mile.

pozdrawiam...
Motylek...

Data:
15-03-2006 06:37

Chce jeszcze cos dodac "Nie sadzcie bo bedziecie sadzeni" a Wierzacy sadzi mnie nawet z wiary chociaz nic o niej nie wie. Poza tym czy to nie troche pyszne co napisales? "Nie, nie bedę meczyc Cie cytatami biblijnymi, ale z Twoich wpisow wynika, ze jeszcze musisz duuuzo sie uczyć!"

To na tyle to tylko takie moje spostrzezenie. Nie mam zamiaru nikogo sadzic i oceniac bo jak niektorzy (nie mam namysli nikogo stad), mozna sie w tym latwo zagalopowac.
Doti

Data:
16-03-2006 14:21

Aguś piszesz "Zapewne, gdyby butterfly powiedziala w rozmowie z Jezusem to, co napisala tutaj, uslyszalaby to, co uslyszala od Was..." Jestes pewna że tak to miało być???????????

Łuk. 18:16
16. Jezus zaś przywołał je i rzekł: Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie i nie zabraniajcie im. Albowiem do takich należy Królestwo Boże.
(BW)


Dla pana Jezusa nie ma małych spraw!

A że Motylek(czy)Butterfly nas troszkę kokietuje to fakt i wygląda to jak pieszczota.

Motylku kiedy obserwuję Twoje zachowanie w zborze odnoszę wrażenie, że nie potrzeba ci innych osób oprócz tego jednego.
jsgsjsg

Data:
16-03-2006 23:17

Nie zgodze sie z tym co zostalo powiedziane. Rozumiem ze kazdy moze czasem czuc sie samotny w towarzystwie, czasem nie kazdy ma taka sile przebicia aby byc w centrum zainteresowania. Czesto nam nawet ciezko sie otworzyc na innego czlowieka bo nasz egoizm nie pozwoli nam nawet na to zeby kogos zauwazyc. To smutna prawda ale tak czesto jest. Nawet u siebie widze takie rzeczy. Niby z kims sie rozmawia a tak naprawde nie interesuja nas potrzeby drugiej osoby. Wierze ze Pan zmienia takie rzeczy. Rozumiem tez to, że nawet jesli ktos chcialby zawiazac przyjaznie nie potrafi tego innym okazac, zamyka sie. Wiec nie atakujmy danej osoby za to. W koncu ludzie sa rozni i te bariery sa normalne i ma jej wiele osob. Jednak wierze ze Jezus potrafi uleczyc te relacje zarowno z jednej jak i z drugiej strony. W koncu w niebie niekt nie bedzie sie czul samotny i opuszczony :-))
Motylek

Data:
16-03-2006 23:32

Złe wrazenie, niestety przyjaciel to rzecz niezbedna. Ba, wystarczy dobry kolega/kolezanka ktoremu mozna powiedziec kilka spraw, ktora moze poradzic, pomoc, porozmawiac. Z reszta chyba zgodzisz sie ze mna... temu jednemu narazie nie chce wszystkiego mowic... :-)
Agnieszka

Data:
17-03-2006 20:21

Chcialabym się podzielić moim doświadczeniem odnośnie relacji ludzkich. Przez ostatnie kilka miesiecy doświadczałam trudnych chwil. Moja mama umierała na raka. Kazdy kto kiedys przezywał smierc bliskiej osoby wie jak takie doświadczenie potrafi otwierać oczy. Ze wzgledu na stan zdrowia mojej mamy wiekszosc czasu spedzalam w domu przy lozku mamy, nie mialam czasu nawet na sen czy uczenie sie wiec o spotkaniach towarzyskich raczej nei bylo mowy. Moje zycie bylo skupione wokol najwazniejszej i jedynej wtedy rzeczy - mojej mamy. Marzenia, plany, przyszlosc, nawet jutro nie istnialo - "dzisiaj" bylo dramatycznie absorbujące. Nie moglam nie zastanawiać sie w takich okolicznościach gdzie jest moja radosc. Co sie z nia stalo? Gdzie jest moj pokoj i odpoczynek? Wszystko co wczesniej dawało mi radość zniknęło - został tylko Bog i moglam sie przekonać gdzie Go umiejscowiłam w swoim zyciu.

Dlaczego to pisze w tym wątku? Otoż... Kiedy dzieją się takie rzeczy w zyciu człowiek nawet wsród ludzi czuje sie samotny. Nagle wydaje mu sie ze relacje jakie mial, chociaz byly glebokie są niewystarczajace. Nikt go nie rozumie, nikt nie jest w stanie pocieszyc. Wielu w takich chwilach (ja tez to przechodzilam) ma zal do swoich przyjaciól, ze ich zostawili, ze pokazali jacy są itp...
Myslalam nad tym duzo i doszlam do wniosku ze to jest taka Boza nauka. Bog pokazuje ze ralacje z ludzmi nie wystarczaja, nie dają tej radosci i spełnienia jakiej oczekujemy. Mozemy sie obrazać na ludzi, manipulować nimi, wciągać w poczucie winy ale prawdą jest ze jezeli po spotkaniu młodziezowym, zborowym gdzie jest wiele radosci i spiewu wracasz do domu i masz "doła" to znaczy ze masz problem. Bog powinien byc tym ktory wypelnia w nas głod relacji. Tylko wtedy mozemy miec zdrowe relacje z ludzmi, nie wymagajac od nich za wiele.
agus

Data:
17-03-2006 22:06

Doti, spokojnie, powiedzialam to z przekąsem. Mysle tak jak Ty.

pozdrawiam
Motylek

Data:
18-03-2006 12:23

Agnieszka, ja mam dramatyczne przezycia z okolo mojego wieku piatego zwiazanego z ojcem.... Mialam male klopoty w relacji z Bogiem przez to. Moj ojciec calkowicie mnie olal, nie pomaga finansowo, nie placi alimentow, a o okazjach np. Wigilia, urodziny moge sobie pomarzyc. Ciezko bylo powiedziec tatusiu do Boga, traktowalam go troche jak takiego strasznego i niedostepnego wladce. To sie zmienilo. Ale chyba to tez troche wazy na moich relacjach z mezczyznami i kobietami. (Kobietami ze wzgledu na to ze matka kiedys slyszac co powiedzialam ze ojciec zrobil - wysmiala mnie).

Ogolnie jestem niesmiala, boje sie troche zawierac znajomosci, mam trudnosci z tym troche ale sie staram tak bardzo zeby to zmienic.
Justyna

Data:
18-03-2006 15:26

Motylku, żal mi Ciebie, że jesteś taka samotna wśrod młodzieży - sama jestes bardzo młoda i to jest plus!

Kiedyś, gdy byłam młodsza tez podobnie myślałam, ze jestem takim "piątym kołem u wozu". Przyznam jednak, że nie przyszło mi do głowy "żądać" zwrócenia uwagi moim rówieśnikom, że to jest ich wina. Rzeczywiście, jak piszesz a inni młodzi "trzymają" Twoją stronę, to coś z Waszym środowiskiem jest ZLE! Ty tyle starania włożyłas by " pokochano" Cie w tym środowisku, a oni Cię nie potrzebują!

Moja skromna rada, może bardziej będziesz doceniona wśród "starszego" pokolenia. Kościół nie składa się tylko z młodziezy? Z tym "upadkiem" z powodu wypowiedzi na Forum, - to chyba też "Zart"?
Motylek

Data:
19-03-2006 16:31

E, nie.
Jest taki fragment w Biblii ktory to doskonale obrazuje:
"Bądźcie wobec siebie jednakowo usposobieni; nie bądźcie wyniosli, lecz sie do niskich skłaniajcie; nie uważajcie sami siebie za mądrych".

Z tym upadkiem to bylo tak, ze sie zdenerwowalam zasmucilam i bylo mi cieeezko. Ja to nazywam upadkiem w pewnym sesie, dla innych moze znaczyc to cos innego. Ja nie żądam zwrocenia uwagi, tylko proboje wyprobowac na to jakis subtelny sposob, albo poprostu powiedziec co mnie boli by jakos dalo sie to zmienic. Ostatnio sie poprawilo, staram sie podejsc do kazdego i mu troche pomarudzic "a co u ciebie" i itd, calkiem mila rozmowa moze sie wywiazac.
Luthien

Data:
20-03-2006 20:57

BRAWO! Oby tak dalej! Powodzenia w przyjaźniach i w życiu z Bogiem :-) Pozdrawiam!
Beata

Data:
31-03-2006 20:05

Ciągle się oskarżamy, wiem wiem miłość bliźniego ale tak naprawdę na spotkania przychodzę dla Boga i tylko to się liczy. Ja nauczyłam się wychodzić do ludzi i sama wokół siebie tworzyłam grupe wsparcia, to naprawdę działa, polecam. Nie jesteśmy w stanie być dla wszystkich i w nadmiernym rozproszeniu tak jak nie jesteśmy w stanie wszystkich zadowolić.

Odpowiedz

Imię:
Email:
- niewymagane
Treść:
 
kod z obrazka
Kod z obrazka:
 
Wysyłając formularz akceptuję Regulamin forum emaus.zgora.pl
 
Wszelkie prawa zastrzeżone © 2003 - 2012 emaus.zgora.pl
online: 27 • dzisiaj: 840 • wszystkich: 2129816